Kochani,
 
Chciałabym zaprezentować Wam pierwszą część powieści o poknywaniu depresji, która cyklicznie będzie ukazywać się na naszej stronie.
 
Jej tytuł to “Powrót”.
Zapraszam Was do lektury oraz komentarzy :)
 

“Powrót”

 

Część Pierwsza

 
Boleśnie zazgrzytały drzwi kiedy spostrzegł, że to nie wieczność wyczekana, a szpitalna sala.
Biała z zielonymi akcentami.
Kiedy przebudził się pierwszy raz nie czuł w sumie nic.
Potem pojawił się żal i trochę złości, że siebie zawiódł i nie udało mu się zrealizować planu.
Traktował to właśnie jak plan.
Wydawał mu się precyzyjny i dopracowany do granic możliwości.
Żył kilka lat z przekonaniem, że umrze właśnie tego konkretnego dnia.
Paradoksalnie wypełniało go to siłą, jakąś prawie nadludzką mocą kiedy podczas pracowitego dnia oczekiwał na
wieczór.
Mógł wtedy w spokoju wizualizować sobie swój koniec.
Dawało mu to ulgę, ukojenie i chyba wtedy tylko odnajdował jakieś namiastki szczęścia.
Oddział psychiatryczny zawsze jawił mu się jak taki dla świrów, on nie był przecież wariatem więc dawniej sądził,
że w ogóle by tu nie pasował.
Ale teraz widział, że leżą koło niego ludzie tak samo zmęczeni jak on, że może wcale nie uciekał od życia a chciał
oddalić się od cierpienia.
Niewątpliwie istnienie sprawiało mu ból, taki przewlekły, chroniczny.
Taki co powala człowieka, taki, który znieść trudno, a żyć z nim to już jakiś heroizm.
Spotkał tu ludzi którzy cierpieli i dzieląc się swoim doświadczeniem oraz myślami dostrzegł, że nie jest jakiś
wyjątkowy, że inni czują całkiem podobnie.
To był pierwszy moment, w którym poczuł ulgę.
Wieczorne upajanie się wizją swojej śmierci zamienił na słowa, zaczął o tym mówić, początkowo bardzo cicho,
jakby nie chciał być słyszalny.
Potem już zupełnie głośno i ze zdziwniem skonstatował, że nikt się z niego nie śmieje, nie ocenia, że po raz
pierwszy w życiu został wysłuchany.
To dawało mu wytchnienie i trochę nieśmiało wlewało w niego nadzieję.
Stanął na jakimś życiowym rozdrożu, nie tak bardzo chciał umierać, ale do życia też nie był przekonany.
Pozamykał swoje sprawy, pozałatwiał wszystko i niesiony na skrzydłach wizji anielskiego orszaku szykował się do bycia już po drugiej stronie życia w nieskończoności, która jawiła mu się jako bezkresna zielona polana, po której stąpa się lekko.
Toteż teraz nie bardzo miał do kogo czy czego wracać.
Teraz zauważył, nie mógł przecież wiedzieć, że po tej drugiej stronie jest lepiej i spostrzegł , że to byłby krok nieodwracalny i nawet zastępy aniołów nie byłyby w stanie pomóc mu wrócić.
A może chciałby…
 
W wyobraźni ujrzał teraz twarz matki, pomarszczoną, smutną.
Pomyślał, że sprawiłby jej ból, może zawód.
Matka był zawsze średnio obecna ale zdawało mu się, że go kocha, choć nie czuł tego.
Była chłodna i chyba zawsze nieszczęśliwa tak, że miewał wyrzuty, że to za jego przyczyną, że to on jakoś zmarnował jej życie.
Starała się zabezpieczać jego potrzeby, ale nigdy z nim nie rozmawiała na jakieś głębsze tematy.
Niekiedy pytała co chciałby zjeść na obiad lub czy pójdzie z nią do sklepu.
Już jako dziecko nauczył się, że w jego domu nie ma przestrzeni na mówienie o emocjach czy uczuciach.
Początkowo pytał matkę czy jest smutna, czy może zła.
Odpowiadała krótko, że nie i przechodziła płynnie do rozmowy o sprawach banalnych.
O innych nie umiała albo nie chciała mówić.
Potem już nie pytał, uznał, że tak po prostu jest.
Nie pamiętał, żeby widział matkę jak śmiała się serdecznie.
Uśmiechała się, owszem, ale zawsze jakoś tak połowicznie.
On też nie śmiał się głośno, w ogóle był dość zahamowany w stosunku do innych ludzi.
Obawiał się ich, że go ocenią, nie polubią, skrytykują.
Gdy zdawało mu się, że ktoś go akceptuje to automatycznie przywierał do niego zupełnie nienaturalnie i nadmiernie.
Ojca nie znał i nie miał ochoty zapoznawać, żył gdzieś, nawet nie wiedział gdzie.
 
Teraz pomyślał, że nie zna nie tylko ojca, ale też siebie jakoś słabo rozpoznał.
Po dwóch tygodniach opuścił szpital, w którym zwyczajność była inna niż sobie ją wyobrażał.
Spotkał tu ludzi, którzy podobnie jak on cierpieli w milczeniu.
Doszedł do wniosku, że depresja to trochę milczenie, że ból niewypowiedziany, który rozdziera serce i ciało osłabia,
tkwił nie tylko w nim ale w tych ludziach też, oni w większości też nie mieli z kim szczerze pomówić.
Czuł z nimi jakąś więź.
W tej białej, trochę zielonej sali odnalazł spokój, który przez życie całe mąciło mu przekonanie o własnej beznadziei
i nieużyteczności.
Współczuł tym ludziom i tym samym musiał przyznać, że i on zasługuje na to uczucie.
Oczywiście nie było to miejsce w którym chce się być ale doceniał swój pobyt tam, dostrzegał bowiem, że właśnie
w szpitalu dla psychicznie chorych zawrócił z drogi, która wiodła go w otchłań niebytu, do wiecznego życia albo wiecznej ciemności, cokolwiek tam po drugiej stronie było.
Jeśli coś się w nim zmieniło to właśnie wyobrażenie wieczności.
Już nie była to zielona polana a piekielna, gorąca odchłań, do której przestało mu się tak bardzo śpieszyć.
Jego stan nie poprawił się jakoś znacząco, wciąż wahał się czy życie to dobry wybór ale był gotowy spróbować
Dostawał tu leki przeciwdepresyjne, ktoś z nim rozmawiał, ktoś czuł podobnie jak on.
Udał się do mieszkania, w którym kilka dni temu wynajął pokój.
Nie czuł ekscytacji i ten nowy początek ciążył mu, ale wiedział z całą pewnością, że chce spróbować.
Zapisał się na terapię i wiedział już, że jego błąd polegał na tym, że zamykał się w swoim świecie, że myśli swoich
nie wypowiadał.
Kiedy po raz pierwszy opowiedział o swoim planie pozbawienia się życia to dostrzegł pewne błędne założenia.
W myślach wszystko wydawało mu się składne i bardzo logiczne, ale tylko dlatego, że pozostawało w sferze
wyobrażeń.
Dotarł do mieszkania, rozejrzał się, pokój był mały ale dla niego chyba wystarczający.
Łóżko, stolik, telewizor, jakieś krzesło.
Obok zamieszkiwała nieco starsza kobieta, sympatyczna.
Nie był jednak jeszcze gotowy na zawiązywanie relacji.
Pragnął być teraz sam.
Zawsze był nieco nadwrażliwy, przywiązywał się do ludzi szybciej niż oni do niego.
Czuł, że go nie rozumieją, że są gdy im jest wygodnie, że nie ma ani jednej osoby do której mógłby w środku nocy
zadzwonić z pewnością, że zostanie wysłuchany.
Jego relacje były zazwyczaj nietrwałe, może dlatego że starał się zbyt mocno i robił miejsce w sobie dla ludzi koło
których powinien przejść zupełnie obojętnie.
Zakochał się kiedyś tak, że poświęcił całego siebie, wszystkie marzenia i plany na poczet tego uczucia.
Został porzucony i właśnie wtedy, tamtej już prawie wiosennej choć mroźnej nocy poczuł, że chce przestać żyć.
Sądził, że jest zupełnie do niczego, że nie potrafi odnaleźć się w świecie, że nie ma tu dla niego miejsca.
Uszykował sobie je więc tam w wieczności.
Nie obwiniał tej kobiety, siebie obarczył winą, czuł nieznośną pustkę, którą wypełnił wizją własnej śmierci.
Teraz kiedy zaczynał od nowa nie bardzo miał do kogo zadzwonić, postanowił więc skontaktować się z matką.
Rzadko do niej telefonował, najwyżej raz na dwa tygodnie wymieniali zdawkowe informacje co tam u nich, jaka
pogoda.
Ale teraz bardzo pragnął z nią porozmawiać, w sumie nie wiedział do końca czy chodzi konkretnie o nią, czy może o
kogoś kto go zna i prawdopodobnie odbierze telefon…
#WalkaZDepresją #PokonajDepresję #Terapia #OśrodekPsychoterapii #Manawa