Poznaj moją historię i dowiedz się dlaczego powstał Ośrodek Psychoterapii Manawa

Kiedyś widziałam swoją przyszłość w czarnych barwach. Zresztą teraźniejszość i przeszłość również. I choć moje życie miało wzloty i upadki, to nawet we wzlotach, wszystkich dobrych rzeczach nie potrafiłam odnaleźć spokoju i szczęścia. Zaczęło się, jak byłam jeszcze mała – w wieku siedmiu lat zawładnęła mną silna nerwica natręctw. Dosłownie zawładnęła całym moim życiem. Wszystko było temu podporządkowane. Ani ja, ani moja rodzina nie rozumieliśmy, co się ze mną dzieje. Próbowaliśmy sobie z tym jakoś poradzić. Wędrowałam od psychologa do psychologa… Były wizyty u psychiatrów, leki, po których czułam się gorzej niż lepiej, badania. Wszystko na nic. Było mi bardzo ciężko, myślę, że niewiele osób naprawdę potrafi zrozumieć, jakie to uczucie; strach, a nawet panika, złość na świat i samą siebie, rezygnacja i brak nadziei – to wszystko panowało w mojej głowie.

Z czasem nerwica zaczęła ustępować. To był długi proces, ale ulga która po nim nastąpiła, była wspaniałym uczuciem. Zaczęłam dorastać. Przyszedł okres buntu, młodzieńczego szaleństwa. Na początku liceum zauważyłam znaczne pogorszenie samopoczucia. Budząc się rano, marzyłam o tym, żeby dzień się skończył. Powoli zamykałam się w sobie. Z domu wychodziłam tylko do szkoły, i to z wielkim trudem. Ciężko było mi zmusić się do jakiejkolwiek aktywności, spotkań towarzyskich. Ciągle byłam zmęczona, rozkojarzona, a smutek przygniatał mnie od środka. Depresja nieśmiało, po cichu wkradała się w moje życie, doszło do tego uzależnienie, które wtedy na krótką chwilę sprawiło, że poczułam się lepiej. Chwila minęła, a rzeczywistość była nadal nie do przyjęcia. Jednak gdzieś w głębi wierzyłam, że życie nie musi tak wyglądać. Z niechęcią, utraconym zaufaniem – zraziwszy się do nich w dzieciństwie – z musu i bez przekonania zaczęłam odwiedzać specjalistów. Wywoływali we mnie tylko złość i rosnące poczucie braku nadziei. Nawet nie zliczę, w ilu gabinetach byłam. Dzięki lekom funkcjonowałam – raz lepiej, raz gorzej. Po prostu udawało mi się jakoś przeżywać dzień za dniem.

Nadal byłam zmęczona i zniechęcona, ale było lepiej, więc życie toczyło się dalej. Zdałam maturę, zaczęłam pracować, jednak choroba nie dawała za wygraną – przyczajona czekała tylko na chwilę zwątpienia i atakowała, za każdym razem zadając mocniejsze ciosy. Moje życie było coraz ciemniejsze, a ja tkwiłam w nim, nie czując żadnej siły sprawczej, by coś zmienić, i tak gdzie życie mnie niosło, tam lądowałam, czułam, że nie mam na nic wpływu. Dostosowanie się do gotowych rozwiązań, które przynosiło, było dla mnie nawet wygodne – to było całkiem bezpieczne wyjście, choć ani trochę satysfakcjonujące. Nie biorąc odpowiedzialności za kierowanie swoim życiem, znalazłam się w miejscu, w którym wtedy wcale nie byłam gotowa być. Wyszłam za mąż, urodziłam dzieci i choć cały czas z tyłu głowy miałam wątpliwości, brak poczucia bezpieczeństwa, masę kompleksów, to zagłuszałam te uczucia. Wmawiałam sobie, że przecież mam wszystko, o czym kiedyś marzyłam, a im więcej miałam, a to nie dawało mi odpowiedniego szczęścia, tym bardziej się złościłam. Myślałam sobie, że jestem niewdzięczna w stosunku do tego, co świat mi daje. Wtedy zdarzyła się tragedia, która ostatecznie wyssała ze mnie resztki życia i obróciła mój świat do góry nogami – zmarł mój syn. To stało się niespodziewanie. Chociaż dzień, w którym się to wydarzyło, pamiętam jak przez mgłę, to równocześnie nie potrafię tego zapomnieć. Pustka i niedowierzanie. Zupełnie tak jakby życie toczyło się dalej, ale już nie moje. Moje stanęło w miejscu.

Musiałam dalej funkcjonować. Więc uciekłam. Nie fizycznie, ale psychicznie. Uciekłam od wszystkich emocji, które we mnie były, po prostu je od siebie odcięłam. Stałam się bryłą lodu. Rzuciłam się w wir pracy i opieki nad drugim dzieckiem, wszystkie obowiązki wykonywałam na autopilocie. Nie dawałam sobie czasu na myślenie i przeżywanie. Przez chwilę trwania w tym stanie było mi nawet dobrze. Wydawało mi się to rozsądne. W końcu wykonywałam wszystkie zajęcia, trzymałam się twardo. Z czasem zmęczenie stawało się coraz bardziej dokuczliwe, emocje tak silnie skrywane szukały ujścia. Po kilku miesiącach z dnia na dzień pękłam. Tego dnia nie wstałam już z łóżka, ani następnego czy kolejnych. Przestałam jeść, pić, pracować, zajmować się synem. Moje istnienie było wegetacją. Wtedy nie miałam już w sobie żadnej nadziei, było mi obojętne, czy się obudzę następnego dnia, co z dzieckiem, finansami. Na szczęście moje życie nie było obojętne moim bliskim. Po miesiącu zawlekli mnie na terapię. Wcale nie miałam na to ochoty. Byłam taka wściekła na nich. Terapeuta do mnie nie trafił. Wróciłam do swojej sypialni bez chęci oglądania innych ludzi. Chociaż byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie, coś nie pozwalało mi się wyrwać z tego amoku. Mój stan zdrowia znacznie się pogorszył. Byłam cieniem człowieka stojącym na pograniczu życia i śmierci. Rodzina pod komendą mojej mamy siłą zaciągnęła mnie do prywatnej kliniki. Tam podreperowali moje zdrowie na tyle, że zgodziłam się dać ostatnią szansę terapii.

Zdarzył się cud. Po dziś dzień tak to nazywam. Spotkałam na swojej drodze osobę, która niczego ode mnie nie wymagała. Nie miała gotowych rozwiązań, pouczeń dotyczących mojego życia i postępowania. Ona po prostu była, doskonale rozumiejąc ból istnienia grający w mojej duszy. Rozmowy z nią same się toczyły, a każda przynosiła mi ulgę, jakiej wcześniej nie zaznałam. Dzięki terapii codziennie odkrywałam w sobie coś nowego, wcześniej nieznanego. Najważniejszą rzeczą, jaką wtedy odkryłam, była miłość do świata a przede wszystkim do siebie. To mnie uskrzydliło, zwykłe, banalne rzeczy sprawiały mi taką radość, o jakiej nawet nigdy nie śniłam. Długo wracałam do równowagi. Do tej pory miewam gorsze chwile, ale nawet z nich potrafię czerpać to, co najlepsze. Z perspektywy czasu, kiedy moje życie jest już poukładane, wiem, że to tej jednej osobie je zawdzięczam. Dosłownie! Gdyby nie ona, nigdy nie dałabym szansy leczeniu – nie zdecydowałabym się na prywatny ośrodek i mogłabym nie mieć teraz możliwości pisać tych słów… Nadal się z nią czasem spotykam, terapia wciąż funkcjonuje w moim życiu. Często myślałam o tym, jak wiele osób ma podobne problemy. Czułam smutek, wiedząc, że ogrom ludzi cierpi duchowo, część może nawet nie do końca zdaje sobie z tego sprawę, inni bezskutecznie poszukują pomocy. Wtedy wpadł mi do głowy pomysł na miejsce, w którym cierpliwi, pełni ciepła i zrozumienia terapeuci będą mogli otoczyć Ciebie lub kogoś z bliskich Ci osób opieką. Pomogą naprawić życie – tak jak mnie pomogli. Moim wspaniałym aniołem jest Ania Erenc. Darzę ją ogromnym zaufaniem i nie wyobrażam sobie tego miejsca bez niej – podjęłyśmy więc współpracę. Skompletowałyśmy skład równie wspaniałych specjalistów, a teraz z wielką radością zapraszamy do naszego ośrodka.